W poszukiwaniu okazji

piątek; 20 czerwiec 2008

Arleta P.:
Jak każda chyba dziewczyna czekam na letnie przeceny w sklepach. I nie mogę się doczekać… Uzależnienie jakieś czy co? Niby stać mnie na to, żeby pójść i kupić coś w normalnej cenie, ale jak widzę, że jest przecena to przebiega mi po plecach taki jakiś dreszczyk. Nie potrafię się temu oprzeć…
Może to jakiś pierwotny instynkt z czasów, kiedy moi przodkowie biegali po stepach i polowali na mamuty? Coś, co zakodowało się i utrwaliło w genach tysiące lat temu? Taki atawizm w nowoczesnej oprawie centrum handlowego ze szkła i stali?
Nie wiem, czy są kobiety, które są w stanie oprzeć się magicznej kartce na witrynie sklepu z napisem Wyprzedaż? Ja nie potrafię… niby mam pełną szafę w większości nowych ciuchów, buty nie mieszczą mi się w szafce przedpokoju, a jednak wchodzę do sklepów i kupuję wciąż nowe rzeczy. I sprawia mi to naprawdę wielką frajdę.
Podobno zakupoholiczkę można poznać po tym, że przyjemność odczuwa tylko podczas zakupów i niekiedy nawet nie rozpakowuje przyniesionych do domu toreb. Chyba nie jest tak źle, bo ja radość z nowych butów czy z nowej sukienki odczuwam za każdym razem kiedy ją nakładam na siebie i przeglądam się w lustrze.
Więc chyba nie jestem uzależniona? Jeszce nie jestem?
Może po prostu polega to na tym atawistycznym instynkcie, który karze nam tropić, polować i przynosić do domu zdobycz? Tyle, że zamiast wypasionego mamuta są to nowe buty, nowa broszka, nowa spódnica? Po co łapać chudego zwierza (bluzkę za 400 złotych) skoro można zdobyć tłustego (taką samą bluzkę za 200 czy 300)?
Niby nawet wiem, że sklepy mają wkalkulowane te sezonowe przeceny w koszty, ale radość jednak pozostaje. Znów się udało, znów okazałam się sprytniejsza, bardziej przebiegła…