Wakacyjne zajęcia z jogi
sobota; 21 czerwiec 2008
Arleta P.:
Przez cały drugi semestr chodziłam na jogę. Nie do końca rozumiem idee obowiązkowego wuefu dla studentów, ale skoro i tak musiałam to postanowiłam zapisać się na coś interesującego. Przecież nie będę chodziła na siłownię, żeby potem wyglądać jak Schwarzenergger w spódnicy… Zapisałam się więc na jogę. I naprawdę nie żałuję. Może i zajęcia były prowadzone przez zbzikowaną dziewuchę z przerośniętym ego, której się wydawało, że joga jest najważniejszym elementem życia i która próbowała nam wtłoczyć do głowy, że tylko dzięki jodze dostaniemy się do raju; może i wszystko to odbywało się w skandalicznym brudzie i ciasnocie, ale dałam radę.
I teraz postanowiłam, że zapiszę się na jakieś normalne zajęcia, które będą prowadzone przez normalną osobę bez misji zmieniania świata i które będą prowadzone w jakimś miłym i przede wszystkim czystym miejscu. W przyszłym semestrze na pewno już nie wrócę na zajęcia na uniwersytecie. Nie wiem jeszcze co wykombinuje, ale nie mam już ochoty tarzać się po tej brudnej podłodze i słuchać o wegetarianizmie i jedności wszechrzeczy. Gdybym poszła na siłownię to na pewno nikt by mi nie opowiadał takich natchnionych bzdur.
Dzisiejsze popołudnie mam wolne więc spokojnie mogę je poświęcić na przejażdżkę po kilku miejscach i sprawdzenie jakie warunki i gdzie są oferowane. Zobaczymy, co z tego wyniknie.